czwartek, stycznia 15, 2015

Rozdział 4: Bracia i siostry

    Czekał. Trzy postacie odziane w czerń stały niedaleko, najwyraźniej na kogoś czekając. Obserwował je uważnie, nie pozwalając sobie nawet na zbyt głośny oddech. Każdy dźwięk mógłby ich ostrzec, zdradzić jego pozycję. Dobrze wiedział, kim są. Zabójców Ligi nie widział w mieście od jakiś piętnastu, może trzynastu lat. Nawet jeśli działali, to tak, że nigdy się na nich nie natknął.

    Myślał. Skoro tutaj byli, to ktoś musiał nimi dowodzić. Było kilka osób, które mogłyby to robić. Jednak żadna nie była na tak zaufana, by dowodzić profesjonalnymi zabójcami, z dość długim stażem w Lidze. Widział bronie, które mieli ze sobą. Były porządną robotą, musiały wiele kosztować. A skoro nie dostawali zapłaty, to ktoś z góry za nie zapłacił. A byle jaki wojownik nie dostanie drogiej katany, czy sztyletu do ręki.
    Nogi zaczynały mu drętwieć, już od dobrych trzydziestu minut nie zmienił pozycji. Musiał wytrzymać jeszcze chwilę, by zobaczyć za kim czekają, dlaczego jest ich tylko trzech oraz stoją w dość widocznym miejscu. Stara, zabytkowa część portu nie była co prawda zbyt ruchliwym miejscem, szczególnie w środku nocy, ale Liga była znana z działania w cieniu, daleko poza zasięgiem ludzkiego wzroku.
    Przeklął w myślach. Dlaczego tutaj stoicie? Wojownicy rozmawiali przyciszonymi głosami, o dość nieistotnych sprawach. Jeden obejrzał się na boki, czy ktoś nie nadchodzi. Ukryty w cieniu budynku mężczyzna wstrzymał na moment oddech. Na szczęście nie zorientowali się, że ktoś ich obserwuje.
    Po kilku długich, męczących minutach, ktoś w końcu przyszedł. Jedna, ukryta pod obszernym płaszczem persona. Po jej sposobie chodu nie potrafił wywnioskować, czy to kobieta, czy mężczyzna. Ciągnęła za sobą stopy w czarnych butach, a dłonie miała ukryte. Zacisnął zęby. To mógł być zabójca osoby, którą znaleziono kilka dni wcześniej zawieszoną na ulicznej latarni. Nie był nikim istotnym, miał na koncie jakieś drobne sprawki, aresztowany za posiadanie narkotyków i podejrzewany o handel w szkołach, ale zwolniony z powodu braku dowodów. Dlaczego Liga się nim zainteresowała?
    Gdy tylko osoba w płaszczu się zbliżyła, wojownicy ukłonili się. Ściągnął brwi. Kłaniali się tylko służący i wojownicy współpracujący bezpośrednio z ważnym dowódcą. Czy to możliwe, że wróciła ...?
    - Misja postępuje zgodnie z planem. Gdy już to całe polowanie na szczury się skończy, znów będziemy mieć pełne ręce roboty. Tymczasem, wracajmy.
    Jej głos był głęboki i melodyjny, tak jak zapamiętał. Oddaliła się wraz z wojownikami. Nadal nie dostrzegł jej twarzy, którą z dnia na dzień przykrywała gęstsza mgła. Gdy zniknęli z pola widzenia, usiadł na ziemi, ciągle nie mając odpowiedzi, których potrzebował. Pojawiły się tylko nowe pytania, oraz nikłe światełko nadziei. Zacisnął dłoń w pięść, znów przypominając sobie te wszystkie wydarzenia, sprzed wielu lat.
    Uśmiech na jej twarzy, podczas wszystkich rozmów. Zachwyt w jej oczach, gdy ujrzała bibliotekę w jego domu. Uwielbiała czytać, poznawać, uczyć się. Ciągle była żądna wiedzy, ciekawa świata. Pamiętał, z jak wielkim zapałem opowiadała mu o wszystkich miejscach, które widziała oraz o tych, które chce jeszcze zobaczyć.
    Dlaczego nadal o niej nie zapomniał? Często widział ją w snach, z których nie wszystkie były oddaniem tego, kim była dla niego. Była tam inna - niebezpieczna i bezlitosna. Jej oczy były zimne, a uczucia wyprane. Na co dzień zamykał to wszystko w sobie, skupiał się na teraźniejszości. Nie chciał popełnić tego samego błędu co wcześniej. Odeszła, nie wróci. A przynajmniej... miała nie wrócić.
    Podniósł się i ruszył w stronę pozostawionego kilka ulic dalej pojazdu. Był wtedy taki młody, taki niedoświadczony. Nie wiedział, co się stanie, nie potrafił temu zapobiec. Często zastanawiał się, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby wszystkiego nie zaprzepaścił. Ale był zadowolony z tego, które miał, czasu w końcu nie dało się cofnąć.
    Ale znał ludzi, którzy potrafili go oszukać.

~~~

    Richard spędził większość dnia w swoim pokoju. Za oknem świeciło słońce, pierwszy raz od kilku dni, a cienka warstwa śniegu z poprzedniego dnia zdążyła prawie całkowicie zniknąć. Dzisiaj jednak nie zwracał uwagi na pogodę.
    Alfred, Tim i Bruce dobrze wiedzieli, że nie chciał dzisiaj niczyjego towarzystwa. Jedyne, co było mu potrzebne to cisza i własne wspomnienia. Po raz kolejny powtarzał ten sam rytuał. Siedział na podłodze i przeglądał wszystkie rzeczy, które należały do jego rodziców. Każdą osobno, poświęcając jej tyle uwagi, jakby widział ją po raz pierwszy. To sprawiało, że nie zapominał szczegółów, których uparcie się trzymał od ich śmierci.
    Niektóre szczegóły chciałby zapomnieć. Jak trzask kości i krew, rozprzestrzeniającą się wokół dwóch ciał w zastraszającym tempie. Na jego twarzy pojawił się grymas. Chciał wyrzucić ten jak dobrze znany mu widok z głowy. Zawsze chciał ich zapamiętać jako żywych, a nie martwych.
    Odłożył na bok teczkę z różnymi dokumentami i już chciał sięgnąć do czarnego kartonu po album z ich wspólnymi zdjęciami, gdy niespodziewanie coś wysunęło się na podłogę. Chwycił papier i przyjrzał mu się dokładniej.
    To był akt urodzenia. Nie zwróciłoby to jego uwagi, gdyby nie data jego wydania. Zamrugał kilkakrotnie, by sprawdzić czy się nie przewidział. To nie był jego akt urodzenia, został wydany dwa lata wcześniej. Spojrzał na resztę dokumentu. Dziecko miało czarne włosy, niebieskie oczy i było dziewczynką. Urodzone piętnastego lipca.
    Papiery o mało nie wypadły mu z rąk, gdy zauważył co było na kolejnych stronach. Zaświadczenie o oddaniu dziecka do adopcji, podpisane przez jego rodziców. Przeglądał te rzeczy tak wiele razy, a jednak umknęły mu akurat te dokumenty.
    Nie wiedział, jak się czuć. To, że jego rodzice nigdy mu nie powiedzieli o starszej siostrze to jedno. Jednak bardziej istotną sprawą było to, że ona gdzieś tam jest i o niczym nie wie. Cieszyć się? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Obudziła się w nim jakaś nadzieja, że nie został jednak całkiem sam, tak jak sądził. Nadal jednak nie mógł uwierzyć w to, co widzi.
    Zagiął kartki na pół i schował do kieszeni spodni. Pospiesznie sprzątnął wszystkie kartony i odstawił je na miejsce w szafie. Ciągle drżały mu ręce, a myśli nie były do końca trzeźwe. Zdziwienie i oszołomienie mieszały się z radością, tworząc zupełnie nowe uczucie, którego nie potrafił nazwać.
    Wiedział jednak, że tylko jedna osoba będzie potrafiła znaleźć jego siostrę, gdziekolwiek jest.

~~~

    Wysoka, białowłosa dziewczyna usiadła obok swojego mentora. Wpatrywał się w ekran komputera od wielu godzin. Czuła się ignorowana od czasu, gdy wyszła z zakładu poprawczego. Obudziła się w niej niepokojąca myśl - że jej mentor, a jednocześnie także wuj, zawiódł się na niej. Nie poradziła sobie z wrogiem, a później nie potrafiła uciec.
    - Czego ode mnie chcesz, Rose? - odezwał się mężczyzna, niskim głosem. Nie odrywał wzroku od ekranu, w tym momencie musiał być bardziej interesujący od jego nieznośnej siostrzenicy. Rose zacisnęła zęby.
    - Skąd podejrzenie, że czegoś chcę? - zmusiła się do spokojnego, posłusznego tonu. Niespodziewanie spojrzał na nią. Niebieskie oko przeszyło ją na wylot.
    - Znam cię - powiedział, znów skupiając uwagę na planach jakiegoś budynku. Rose dała się ponieść emocjom i zatrzasnęła klapkę, po czym gwałtownie wstała. Mężczyzna powiódł za nią wzrokiem. Białowłosa chwyciła swoją bluzę i założyła ją na siebie. Podeszła do drzwi wyjściowych. Dopiero gdy chwyciła za klamkę, jej wuj się odezwał.
    - Nie wpakuj się w kłopoty, Rose. Twoja matka już i tak przewraca się w grobie - odezwał się. Spojrzała na niego ponad własnym ramieniem. Nie wzruszyła ją wzmianka o martwej matce, lecz o tym, że mogłaby ponownie dać się złapać. Nie popełni po raz kolejny tego amatorskiego błędu.
    - Zajmij się lepiej tymi planami. Ja w końcu jestem tylko od wymachiwania mieczem - syknęła, po czym wyszła, trzaskając drzwiami. Zostawiła go w mieszkaniu lekko zaskoczonego.
    - Robi się coraz bardziej pyskata - mruknął pod nosem, drapiąc się po karku. Poprawił czarną przepaskę na oku i postanowił zrobić sobie przerwę. Siedział nad tym od rana, chciał dopracować każdy szczegół jego planu. Miał zamiar zemścić się za wszystko, na co go skazano. Znajdzie sposób nie tylko na uderzenie w Batmana, ale także w jego denerwującego syna. Pomści Rose, swoją siostrę i cały bałagan, przez który musiał przejść.
    Znajdę tego smarkacza i wykręcę mu kark. A później odeślę z powrotem Talii, bo i tak nie znajdzie sposobu, by go ożywić.

~~~

    Siedziałyśmy z Willow na podłodze i zastanawiałyśmy się, od czego zacząć. Wiedziałyśmy jak wyglądają nasze dwa cele, ale w teczkach z dokumentami od Ra's nie było nic o tym, gdzie ich szukać. To tak jakby ktoś wysłał nas na pustynię i kazał znaleźć wodę. Po raz kolejny przyjrzałam się zdjęciom siedemnastoletniej blondynki, o imieniu Terra. Wyglądała dość przeciętnie, szczególnie na legitymacyjnym zdjęciu. Jak mamy ją znaleźć w tak dużym mieście jak Gotham?
    - Na prawdę powiesiłaś go na ulicznej latarni? - spytała ponownie. Patrzyłam na nią, czując rosnącą chęć skrócenia jej języka. Czasami mówiła zbyt dużo. Wymierzyła we mnie niewinne spojrzenie. - No co?
    - Czy ani trochę nie dbasz o to, że mamy znaleźć jakieś dwie dziewczyny, a nie wiemy nawet gdzie zacząć? - Odłożyła na bok pilnik do paznokci i przewróciła oczyma. Przysunęła się do mnie bliżej i chwyciła mój podbródek, po czym uniosła go wyżej, bym mogła spojrzeć jej w twarz.
    - Przecież nie mamy wyznaczonego czasu. Dlaczego nie możemy trochę odpocząć? - Uniosła brwi zachęcająco. Uśmiechnęłam się sztucznie i odtrąciłam jej rękę. - Wiesz, chyba bardziej cię lubię po kilku kieliszkach. Powiedz, gdzie ci się spieszy?
    Usiadła na czarnej poduszce i ruchem zgarnęła dokumenty do teczki. Prychnęłam i sprzątnęłam resztę papierów. Przysunęłam się do niej i przez dłuższą chwilę patrzyłyśmy w ścianę.
    - Nie lubię tego miasta, to wszystko - stwierdziłam. Pokurczyłam nogi i oparłam brodę na kolanach. Willow przyjrzała mi się uważnie. Miałam świadomość, że domyśliła się prawdziwych powodów. Wiedziała o mnie więcej niż ktokolwiek, tak jak ja o niej. Na nieszczęście ją lubiłam. Nie rozumiałam dlaczego; była chorobliwie denerwująca, ciekawska i miała niewyparzony język.
    - Jesteś pewna, że nie lubisz miasta? Ta ponura pogoda pasuje do ciebie idealnie - zażartowała. Uśmiechnęłam się lekko. Willow zmrużyła oczy. - A może nie lubisz kogoś, kto tu mieszka?
    - Spróbuj znowu zacząć ten temat - syknęłam. Zaśmiała się krótko i trąciła mnie w ramię.
    - Ciekawe czy już się dowiedział, że jesteś w mieście. Na pewno po paru drinkach ogrzeje cię w tą zimną pogodę - zadrwiła, uśmiechając się szeroko. Podniosłam się gwałtownie i usiadłam na sofie. Wil odchyliła głowę do tyłu.
    - Pieprz się, Willow - rzuciłam. Nie byłam zła aż tak bardzo, jak na to wyglądałam. Nie chciałam tylko dać tej różowej gadule powodu do śmiechu przez kolejne dni. Uwielbiała doczepiać się do mnie w każdy sposób, szczególnie poprzez Jasona.
    - Ja w przeciwieństwie do ciebie, nie mam obecnie z kim - zaśmiała się i podniosła na dłoniach. Kopnęła poduszkę bosą stopą i usadowiła się obok mnie.
    Żartowałyśmy. Cały czas. Bo wiedziała, że nie chcę mówić na głos o tym, co tak na prawdę łączy mnie z Jasonem. Miałam u niego dług, którego pewnie nigdy nie spłacę. Był jedyną osobą, której nie będę mogła się nigdy odwdzięczyć. Ta świadomość mnie przy nim trzymała, choć może było to także coś innego. Ale nie miałam zamiaru mówić tego nikomu, nawet samej sobie.
    Rozległ się głuchy dźwięk uderzenia o szybę. Jednocześnie odwróciłyśmy głowy w stronę drzwi na balkon. O barierkę opierała się osoba w czerni, z kapturem na głowie. Mimo to, natychmiast ją rozpoznałam. Willow zerwała się z miejsca i otworzyła drzwi, wpuszczając do środka zimne, nocne powietrze. Zacisnęła zęby i wpatrywała się we wchodzącą do środka dziewczynę.
    Drzwi trzasnęły tak, że aż podskoczyłam w miejscu. Powstrzymałam się od komentarza, bo nie była to najlepsza pora na odezwanie się. Kaptur opadł jej na plecy, a przybysz ściągnął z siebie skromny, krótki płaszcz. Willow splotła ręce na piersi.
    - Urosłaś, Wil - odezwała się dziewczyna i przeczesała włosy palcami. Gdy byłam młodsza, zazdrościłam jej, bo włosy miały piękną, jasnozłotą barwę. Za każdym razem gdy się spotykałyśmy, przypominałam sobie, że u kogoś jeszcze je widziałam. A zaraz później pojawiał się obraz wściekłej, małej dziewczynki stojącej w łazience. Nakładała sobie różową farbę na włosy, krzycząc przy tym przekleństwa.
    - Czego chcesz Sydney? - spytała oschle Willow, patrząc na dziewczynę pustym wzrokiem. Ta uśmiechnęła się tylko i odłożyła swój płaszcz na sofę, obok mnie. Spojrzała mi w oczy.
    - Nadal nie nauczyłaś mojej siostrzyczki dobrych manier?
    - Willow nie należy do kulturalnych osób. Ale za to podcinanie gardeł nieźle jej idzie - skomentowałam. Sydney zaśmiała się. Te same wysoko uniesione kości policzkowe, ten sam uśmiech. Nawet ich włosy wyglądały kiedyś identycznie. Różniły ich tylko oczy. Spojrzenie Sydney było mroczne i tajemnicze, jej prawie czarne tęczówki samą swoją barwą były wyjątkowe.
    - Z tym jestem gotowa się zgodzić.
    - Powtórzę pytanie. Po jaką cholerę tu jesteś? - zniecierpliwiła się stojąca za siostrą Willow. Sydney westchnęła. Obie lubiły robić wokół siebie przedstawienie, chciały skupiać uwagę. Dlatego przebywanie ze sobą nie wychodziło im na dobre, ani nikomu innemu.

    - Widziałam tego nieszczęśnika, który wszedł ci w drogę, Megan – powiedziała, kompletnie ignorując siostrę. Usiadła na podłokietniku. Zauważyłam, że Willow zaczyna tracić cierpliwość. – Podobno mają świadka, ale nie rozpoznał twarzy. Batman był na miejscu. Chce zająć się tą sprawą.
    - Świetnie – mruknęłam. Brakowało mi tylko tego wariata w kostiumie nietoperza, który będzie nam przeszkadzać.
    - Nie mów, że jesteś tutaj tylko dlatego – prychnęła Willow. Sydney spojrzała na nią jak na dziecko. Wiedziałam, że teraz gotuje się w środku ze złości, a później będzie mieć nieciekawy humor. Jak zawsze z resztą po wizycie siostry.
    Częściowo jej nie rozumiałam. Ja nie miałam żadnej rodziny, a ona swoją siostrę odrzucała już na stracie. Wiedziałam, że obie miały nieciekawą sytuację w domu. Ojciec Willow był uzależniony od prochów, którymi sam handlował. Często nachodziły go niepokojące pomysły, a Sydney zawsze broniła młodszą o cztery lata Willow. Nie wiedziałam, skąd wzięła się ta niechęć.
    - Nie – odparła. – Wiem, że kogoś szukacie. Domyśliłam się nawet kogo i co więcej, wiem gdzie możecie ją znaleźć.
    Uniosłam brwi w zdziwieniu. To prawda, wiedziałam że jest dobrym szpiegiem, a jej zmysł detektywistyczny był całkiem niezły. Ale skąd niby wytrzasnęła informacje o tym, kogo szukamy?
    - Nie masz własnych spraw? Ciągle się tylko gdzieś wtrącasz – powiedziała Willow, stając naprzeciw niej. Na Sydney nie zrobiło to wrażenia.
    - Jeśli nie chcesz mojej pomocy, to mogę stąd zaraz zniknąć – odezwała się, patrząc na nią zadziornie. Willow zacisnęła mocniej zęby i bez słowa usiadła na sofie, jak najdalej od Sydney.
    - Ostatnio rozniosły się wieści, że w jednym z podziemnych klubów walki pojawiła się jakaś nowa zawodniczka. Przyjrzałam się jej i powiedzmy, że ma nieprzeciętne zdolności. Wygrywa wszystkie pojedynki i trochę się na tym wzbogaciła. Wkurzyło do paru mięśniaków, więc teraz chcą ją wykończyć. Najbardziej denerwuje ich fakt, że nie wiedzą gdzie znaleźć tą małolatę. Ma najwyżej piętnaście lat, ale i tak trudno ją dorwać. Codziennie o północy pojawia się na pojedynkach, zabiera pieniądze i znika.
    - Jak wygląda? – spytałam od razu. Sydney uśmiechnęła się chytrze.
    - Ty mi powiedz.
    - Ciemnoróżowe włosy, prawie fioletowe. Nad brwiami, nosie i policzkach ma coś w rodzaju podłużnych znamion. Podobno jest czarownicą, potrafi strzelać różowymi promieniami. Ma dziwne, kocie oczy – opisałam poszukiwaną przez nas dziewczynę. Nie miałam pojęcia po co Lidze jakaś piętnastoletnia czarownica, chyba że chcą ją przeciągnąć na swoją stronę.
    - A więc to ona – potwierdziła Sydney. Ściągnęłam brwi i wbiłam wzrok w ziemię. To takie proste? Wystarczy iść do klubu, zatrzymać ją zanim ucieknie i odstawić ten cały teatrzyk pod tytułem „Liga Zabójców jest tobą zainteresowana”. Każdy złodziej i przestępca daje się na to złapać, w końcu kto nie chciałby być pod protekcją Ligi?
    - Gdzie jest ten klub? – wtrąciła się niespodziewanie Willow. Jej głos był już spokojniejszy, ale nadal denerwowała ją obecność Sydney.
    - To już nie jest takie proste. Klubów jest kilka, a zawsze pojawia się w innym. Lepiej żebyście znaleźli ją przed tymi, których zdenerwowała, bo wtedy nie będzie już kogo szukać.
    - Kto nad tym wszystkim stoi?
    - Nazywają go Cezar, to on prowadzi ten biznes. Ma sporo znajomości, dlatego nadal uchował się przed Batmanem. Ma też udziały w innych brudnych sprawach w nadmorskiej części Gotham. Jeśli chcecie wiedzieć, gdzie są wszystkie jego kluby, musicie go najpierw znaleźć.
    - Musiał się nieźle zabezpieczyć – mruknęłam do siebie. W głowie już myślałam nad tym, jak dotrzeć do jego strażników.
    Sydney podniosła się z miejsca i zarzuciła na krótką bluzkę swój płaszcz. Podeszła do drzwi balkonowych. Nagle przypomniałam sobie, że to jest dziesiąte piętro, a po tej stronie nie ma schodów przeciwpożarowych. Jakim cudem się tu dostała?
    - A właśnie – odwróciła się, stojąc już na zewnątrz. – Lepiej uważajcie na plecy. Nietoperz i jego trójka dzieciaków mogą was śledzić. A przecież Ra’s nie chciałby, żeby ktoś dowiedział się o jego wnuku, prawda?
    Puściła do nas oczko i zamknęła drzwi. Willow mruknęła coś pod nosem o popisywaniu się, gdy Sydney po prostu skoczyła z barierki balkonowej w dół. Pomimo tego, co mówiła o niej Willow, Sydney wiedziała, gdzie i czego szukać. Musiała znać kogoś z bliskiego otoczenia Talii, albo nawet Ra’s, skoro wiedziała o istnieniu Damiana. Większość przestępców nie wie nawet czym jest Liga Zabójców.
    - Cokolwiek powiesz, to Sydney ułatwiła nam sprawę. Gdyby nie jej informacje, szukałybyśmy tej dziewczyny przez kolejny tydzień, zanim natknęłybyśmy się na cokolwiek - powiedziałam, widząc wyraz twarzy Willow. Milczała. Domyśliłam się, że nie chce mojej obecności, więc ruszyłam w stronę pokoju, by się trochę przespać.
    Wzięłam prysznic i umyłam solidnie moje długie włosy. Cały czas myślałam, co tak bardzo odepchnęło Willow i Sydney od siebie. W głębi duszy zazdrościłam Willow, bo tak łatwo odrzucała coś, na co ja nigdy nie mogłam liczyć. Jej siostra broniła ją przed ojcem, nawet teraz szukała sposobów, by znów przy niej być.
    Wysuszyłam włosy i założyłam na siebie tylko luźny podkoszulek i bieliznę. Wślizgnęłam się pod kołdrę. W okno zaczęły walić ciężkie krople deszczu. Zasnęłam chwilę później, w towarzystwie tych dźwięków.

    - Dlaczego znów mi pomagasz? - krzyknęłam na niego, ciągle trzymając w dłoni kawałek chleba. Jeszcze przed chwilą próbowałam go ukraść, ale nie do końca się udało. Jeden ze sprzedawców pobiegł za mną i prawie by mnie złapał, gdyby nie Jason. Przeciągnął mnie na drugą stronę siatki, a wkurzony, tłusty mężczyzna musiał wrócić do sklepu beze mnie.
    - Bo potrzebujesz pomocy - rzucił bezczelnie, idąc przed siebie. Schowałam chleb do kieszeni, po czym ruszyłam za nim. Zaciskałam ręce w pięści. Byłam na niego zła, bo zachowywał się, jakby to co robił było niczym. Nie rozumiałam go. Świat jest okrutny, ludzie są okrutni. Dlaczego mi pomagał, skoro jutro to on może nie mieć co jeść?
    - Potrafię poradzić sobie sama! - oburzyłam się, czując że moje buty przemakają od wody, cieknącej uliczką. Włosy przyklejały mi się do twarzy i zaczynało się robić zimno. Jason nadal szedł przed siebie, z kapturem czerwonej bluzy naciągniętym na głowę. 
    - Właśnie widzę - prychnął z pogardą, a ja rozzłościłam się jeszcze bardziej.
    - Przestań to robić! - krzyknęłam, a on się zatrzymał. Podeszłam bliżej i siłą obróciłam twarzą do mnie. Patrzył na mnie ze spokojem, co budziło we mnie jeszcze większą złość. 
    - Robić co? - spytał, unosząc brwi. Jego włosy też przyklejały się do czoła, zmoczone mżawką, która nieprzerwanie padała w Gotham od wczorajszego wieczora. 
    - Zachowywać się, jakbym była tylko małą, bezbronną dziewczynką - powiedziałam mu prosto w twarz. Wtedy mówiłam co chciałam, do kogo chciałam. Miałam gdzieś innych ludzi, tak jak wszyscy mieli gdzieś mnie.
    - Ale nią jesteś - stwierdził, a na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech. - Masz dziewięć lat i nie wiesz nawet jak kraść, żeby nikt cię nie przyłapał. Znam młodsze dzieciaki, które są w tym lepsze.
    Zacisnęłam pięści tak mocno, że zbielała mi skóra. Nic jednak nie powiedziałam, bo mimo wszystko mówił prawdę. Udawało mi się uciec tylko przy pomocy Jasona, a kilka razy nawet mnie złapali, gdy nie było go w okolicy. Ostatecznie jednak mnie puszczali, ale wracałam z pustymi rękoma i żołądkiem. 
    Często pytałam samą siebie, czy nie lepiej było zostać w domu Panny. Co prawda musiałabym sprzątać i pracować przez cały dzień, ale wieczorem dawali mi resztki do jedzenia. Mieszkałam tam odkąd pamiętałam, razem z trójką innych sierot. Panna mówiła, że znalazła nas na ulicy. Była wredną i okropnie bogatą kobietą. Jej dom wyglądał jak pałac i był tak wielki, że można się było w nim zgubić.
    - Więc skoro jestem tak słaba, to dlaczego się mną przejmujesz? - spytałam już bardziej spokojnym głosem. Jason patrzył na mnie przez chwilę swoimi lazurowymi oczyma. Nigdy w życiu bym mu tego nie powiedziała, ale lubiłam, gdy to robił. Miał hipnotyzujące spojrzenie, z jakim się jeszcze nie spotkałam.
    - Bo umarłabyś z głodu bez mojej pomocy.
    - Nie pytam co by się stało, tylko dlaczego - przypomniałam. Jason wzruszył ramionami i znów się odwrócił. Prychnęłam rozdrażniona i pobiegłam za nim, bo znów zaczął iść przed siebie. Z trudem dotrzymywałam mu kroku. Skręciliśmy w kolejną uliczkę, prowadzącą do jego domu. Mieszkał ze swoją matką w małym mieszkaniu, na poddaszu.
    - Dlaczego mi nie odpowiesz?
    - Może ty najpierw coś mi powiesz - odezwał się niespodziewanie. Spojrzał na mnie kątem oka. - Skoro tak cię denerwuję, to dlaczego ciągle za mną chodzisz?
    Nie odpowiedziałam. Zadarłam wysoko głowę i odwróciłam od niego wzrok. Deszcz obmył moją twarz jeszcze dokładniej. Jason zaśmiał się krótko.
    - Jesteś pokręcona, młoda.
    Zatrzymaliśmy się przed wejściem do kamienicy. Z drzwi schodziła farba, a okiennice były stare jak świat. Włożyłam dłonie do kieszeni, a jedną dłonią objęłam kawałek chleba.
    - Jesteś tylko rok starszy - burknęłam.
    - Rok i pięć miesięcy - sprecyzował, a na jego twarzy znów pojawił się ten jak dobrze znany mi uśmiech.
    - Teraz ty.
    Ściągnął brwi i spojrzał na mnie niezrozumiale. Przewróciłam oczyma i opuściłam ramiona.
    - Zadałam ci pytanie, sklerotyku - zadrwiłam. 
    - Na które ci nie odpowiem - powiedział, po czym chwycił klamkę i chciał wejść do środka, ale zatrzymałam go. Chwyciłam tył jego bluzy i pociągnęłam do siebie.
    - Nie puszczę cię, dopóki mi nie odpowiesz - uparłam się. Jason westchnął ciężko i spojrzał na mnie ponad swoim ramieniem. Jakaś wielka kropla uderzyła o moje czoło, a później spłynęła po policzku. 
    - Chcesz wiedzieć dlaczego ci pomagam? - Pokiwałam głową. - Nie wiem. Tak po prostu.
    Zabrał moją rękę i zamknął mi drzwi przed nosem, zanim zdołałam zaprotestować. Uderzyłam pięścią w drzwi, bo zablokował klamkę od wewnątrz.
    - To nie jest odpowiedź! - krzyknęłam, mając nadzieję, że usłyszał. Stałam jeszcze przez chwilę pod drzwiami. Jednak gdy nie wyszedł po jakimś czasie, odwróciłam się i odbiegłam. Rzucałam na niego pod nosem przekleństwa tak długo, aż zabrakło mi słów.

4 komentarze:

  1. "Trzy postacie odziane w czerń stały niedaleko, najwyraźniej za kimś czekając." A nie na kogoś?
    "Widział bronie, które mieli ze sobą. Były porządną robotą, musiały wiele kosztować. A skoro nie dostawali zapłaty, to ktoś z góry za nie zapłacił. " Dlaczego nie dostawali hajsów D:? Na czarno robią? Towarzysz Putin nie pochwala.
    SYYYYDNEEEEY *.* Kocham jako miasto, kocham jako imię <3
    "Więc. Ostatnio rozniosły się wieści, że w jednym z podziemnych klubów walki pojawiła się jakaś nowa zawodniczka. "
    Zdanie zaczęte od "więc" ._.?
    Uu, czy one szukają Jinx *.*? No bo różowe włosy i promienie, no i tak sobie pomyślałam...
    Rozdział fajny. Podobał mi się fragment z Richardem chyba najbardziej. Pisz częściej :3.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprawiłam, dzięki za zwrócenie uwagi :]
      Tak, one szukają Jinx ;) A Sydney z pewnością się jeszcze pojawi, w teraźniejszości i przeszłości, jeszcze się z nią nie rozstaję. Też kocham to miasto! Chciałabym tam kiedyś pojechać i pozwiedzać.
      Richard będzie prowadził małe śledztwo. W poprzedniej wersji to Megan rozpracowała tą sprawę, a tutaj może być odwrotnie ^-^ Przy okazji zrobią z Timem i Barbarą niezły bałagan, który będzie musiał ktoś posprzątać ( czytaj : Bruce ) : >
      Staram się pisać jak najczęściej, ale przed końcem semestru w liceum jest sporo pracy. Następną notkę wstawię za jakiś tydzień, być może. :/

      Usuń
  2. Świetny rozdział, zresztą jak zawsze. Bardzo dużo się działo i dobrze. Sydney wydaje się bardziej podobna do Megan niż do Willow :-) Nie mogę się doczekać następnego rozdziału ;-)
    Pozdrawiam
    ***Niki***

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku, ale mam zaległości!
    Co do rozdziału, to zawsze napiszę ci to samo: był cudowny.
    Siostrzenica Slade'a: kapryśna i dumna dziewczyna, już ją lubię. Więcej jej!
    Batman wzdychający za Talią - takie nie do uwierzenia
    Dick tęskniący za rodzicami - hlip hlip - Tylko pytanie brzmi czy znajdzie siostrę. Bo przecież ona i Liga. Muszą ją nieźle kryć.
    Siostra Willow to coś nowego. Bardzo intrygująca postać.
    Jedyny minus jaki znajduję, to strasznie zlewająca się czcionka. Co, jak co ale białe litery i czarne tło to nie najlepsze połączenie oraz "sklerotyku" ? Słyszałaś kiedyś, żeby dziewięcioletnie dziecko użyło takiego słowa? To raczej powinno być "sam jesteś głupi" XD
    Lecę czytać dalej!

    OdpowiedzUsuń